Branka do wojska carskiego, zwyczaje z Gołębia

Władysław Gębala, mieszkaniec Wólki Gołębskiej (w środku)- wcielony do wojska carskiego, zdjęcie prawdopodobnie wykonano w Kronsztadzie w obwodzie leningradzkim w 1913 roku. Źródło fotografii: http://gora-pulawska.archiwa.org/zasoby.php?id=11145.

W Gołębiu w XIX i na początku XX wieku jesień, poza zakończeniem prac w polu, oznaczała również brankę do wojska carskiego. Antoszka, nauczycielka gołębska, w swoich powiastkach często wracała do tematu branki. W opowiadaniu Prawdziwa historia o Szymku parobku i Zofce Pawelcównej dokładnie opisała, jak wyglądał pobór do wojska i jak to przeżywała cała wieś. W książeczce W obcej służbie. Powiastka z niedawnych czasów znajdują się fragmenty listów rekruta do matki i narzeczonej. Pisząc powiastki dla ludu, Antoszka prawdopodobnie opierała się na prawdziwych historiach, która były jej dobrze znane z Gołębia.

Zasady poboru

W latach 1865-1873 co roku pobór ogłaszano ukazem carskim, który precyzował liczbę rekrutów, podawano liczbę rekrutów na 1000 dusz. Listę poborowych z danej miejscowości sporządzano w gminie na podstawie list ludności stałej i niestałej oraz akt urodzenia, które dostarczali sami poborowi. Listy poborowych miały być ukończone do 1 kwietnia i podane do publicznej wiadomości, wywieszano je na budynkach urzędów gminnych i czytano na zebraniach wiejskich. Następnie listy były uzupełniane. 1 maja listy trafiały do urzędów do spraw służby wojskowej. Tam stawiali się poborowi starający się o odroczenie z powodu kształcenia lub o ulgi rodzinne. Ostateczna lista poborowych z danego rocznika (lista Z) musiała być sporządzona do 1 lipca. Do niej dołączano: listy osób uchylających się od służby w poprzednich poborach (lista A), listy odroczonych (lista B) i ochotników (lista W). Te informacje trafiały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, które w porozumieniu z Ministerstwem Wojny wyznaczało kontyngent i dzieliło go między gubernie. Potem rozdzielano kontyngent między powiaty i rewiry.

Następnie przeprowadzano badania wszystkich poborowych. Poborowych dzielono na 4 grupy.

W okresie 1865−1873 corocznie przed komisjami poborowymi stawali mężczyźni w wieku od 20 do 30 lat. Poborowi podlegali podziałowi na cztery klasy w zależności od wieku i stosunków rodzinnych. Do pierwszej zapisywano mężczyzn w wieku 20−22 lata, do drugiej mężczyzn nie posiadający dzieci w wieku 23−30 lat, do trzeciej rówieśników spisowych z poprzedniej kategorii posiadających dzieci, ale nie będących
właścicielami gospodarstw rolnych, do czwartej zaś wszystkich pozostałych.

Wielka transformacja. Badania nad uwarstwieniem społecznym i standardem życia w Królestwie Polskim 1866-1913 w świetle pomiarów antropometrycznych poborowych, red. Michał Kopczyński, Warszawa 2006, s. 39.

Losowanie

Jesienią, w październiku lub listopadzie, zbierano poborowych i przystępowano do losowania, które decydowało o tym, kto trafi w szeregi armii na najbliższe 20 lat.

Wedle przepisów, o wcieleniu w szeregi decydowało losowanie. Podlegali mu w pierwszej kolejności poborowi zakwalifikowani do pierwszej kategorii, a losy ciągnięto według wieku, poczynając od poborowych liczących 20 lat. Jeśli liczba zdolnych do służby wśród nich okazała się niższa od wyznaczonego na powiat kontyngentu, wówczas losowali poborowi kategorii drugiej, a potem trzeciej i czwartej. Na trafienie w szeregi najbardziej narażeni byli więc poborowi z klasy pierwszej.

(…)

Karty z numerami ciągnęli jedynie poborowi z list Z. Zapisani do list A byli wcielani w pierwszej kolejności i bez losowania, a poborowi z list B legitymowali się numerami wyciągniętymi w poprzednich latach.

Wielka transformacja. Badania nad uwarstwieniem społecznym i standardem życia w Królestwie Polskim 1866-1913 w świetle pomiarów antropometrycznych poborowych, red. Michał Kopczyński, Warszawa 2006, s. 39.

Zwolnienia od służby

Pobór do wojska w Królestwie Polskim był najbardziej rygorystyczny w pierwszych latach po upadku powstania styczniowego, w kolejnych długość służby wojskowej skracała się (zależała od rodzaju wojska, do którego trafił rekrut) i wzrastały możliwości zwolnienia od wojska. Jednak zawsze branka dotyczyła najliczniejszej warstwy społecznej, czyli chłopów.

Jednak i w tym wypadku ustawodawca starał się zadowolić potrzeby armii bez rujnowania wsi. Służyły temu rozbudowane ulgi rodzinne. Definitywnie wolni od służby byli jedynacy naturalni i przysposobieni, jedyni żywiciele rodzin (jeśli bracia są kalekami), młodsi bracia służących w armii żołnierzy, wdowcy mający na wychowaniu dzieci oraz opiekunowie sierot. Szeroki krąg zwolnień uzasadniano posiadaniem przez Rosję dużych rezerw ludzkich oraz faktem, że armia rosyjska – jak większość armii w tym okresie – miała charakter zawodowy.

Wielka transformacja. Badania nad uwarstwieniem społecznym i standardem życia w Królestwie Polskim 1866-1913 w świetle pomiarów antropometrycznych poborowych, red. Michał Kopczyński, Warszawa 2006, s. 40.

 

Istniała również możliwość wykupienia od służby wojskowej za ogromną sumę pieniędzy: 400 rubli srebrnych. Antoszka pisząc o różnicach w wychowaniu dziewcząt i chłopców, mówiła, że niektórzy ojcowie, gdy tylko urodził im się syn, zbierali pieniądze na ten cel.

Pobór wojskowy w Gołębiu na podstawie powiastek Antoszki

Antoszka opisała pobór wojskowy jako ważne wydarzenie w życiu całej wsi:

(…) zwykłą koleją czasu nadeszła jesienna branka. (…) Prawie w każdej chałupie smucono się z tego powodu. Tu brano syna lub brata, tam męża, wuja albo wreszcie sąsiada czy dalekiego krewniaka. Często tak bywa, że rok cały prawie się nie znają; ale pobór wojskowy, jak każdy wspólny kłopot, wszystkich zbliża i łączy. Jeden drugiemu dopomaga, jak i czem może. Czasem podejmie jakieś starania, aby wyrobić wybór czyli uwolnienie od powinności wojskowej, to znowu pożyczy pieniędzy. A kto niczem poradzić i pomóc nie może, to chociaż westchnie lub zapłacze nad biedą sąsiada.
Antoszka, Prawdziwa historia o Szymku parobku i Zofce Pawelcównej, Warszawa 1887, s. 5.

 

Prawdziwa historia o Szymku parobku i Zofce Pawelcównej to opowieść o miłości parobka Szymka który został wezwany na służbę wojskową i Zofki, córki gospodarzy, u których mieszkał i pracował. Szymek, gdy odchodził do wojska, wyznał Zofce swoją miłość i poprosił ją, aby napisała mu na kartce, że wyjdzie za niego:

-Słuchaj, Zofka! ja jutro jadę i kto wie, jak prędko powrócę. Napisz mi to, coś wtedy pod stodołą powiedziała, że, jeżeli zechcę, to za mnie pójdziesz. Ja chcę ten papier wziąć z sobą na pamiątkę. Będzie mi on podwójnie drogi,—raz dla twej obietnicy, po drugie dlatego, żem cię sam pisać nauczył, boś ze szkoły niewiele umiała. Jak będzie mi smutno, tęskno do wioski, do swoich, do ciebie, to sobie tę kartkę przeczytam, może zapłaczę i raźniej mi się zrobi. A jeśli umrę w obcej ziemi, zdała od swoich, to każę się z nią pochować.
(…)
Szymek złożył pisanie, schował do książki od nabożeństwa i zamknął w skrzynce.
 Antoszka, Prawdziwa historia o Szymku parobku i Zofce Pawelcównej, Warszawa 1887, s. 13.
W Gołębiu w dzień wyjazdu poborowych pożegnanie chłopców obywało się zgodnie z następującym zwyczajem:
  • Msza Święta w intencji rekrutów

Rano, w dzień wyjazdu chłopaków na służbę wojskową, odbywała się wotywa za rekrutów.

Chłopaki spowiadali się i komunikowali, jak na śmierć. Jak na śmierć ich też opłakiwano. Każda matka opłakiwała swego, a z nią siostry i sąsiadki. Jedna żałowała tego, który teraz z nią się żegna; druga tego, co poszedł przed paru latu i nie powrócił… Inne płakały nad tymi, którzy jeszcze mali, wyrzekając, że chowają ich na to, aby, gdy czas nadejdzie, porzucili swoich i odjechali w dalekie obce kraje…
Antoszka, Prawdziwa historia o Szymku parobku i Zofce Pawelcównej, Warszawa 1887, s. 14.
  • Śniadanie dla rekrutów

Cała wieś żegnała chłopaków. Po Mszy Św. na placu przed kościołem urządzano dla nich śniadanie, którego „żaden z chłopków z żalu tknąć nie mógł”.

  • Całowanie dziewcząt na pożegnanie

Po śniadaniu zaczynało się ostatnie pożegnanie chłopaków. Kobiety i dziewczęta głośny płakały, mężczyźni ukradkiem ocierali łzy. W tym wyjątkowym dniu rekruci mogli całować wszystkie dziewczyny ze wsi. Potem siadali na wozy i odjeżdżali.

Listy z wojska

Antoszka namawiała swoich uczniów, którzy szli do wojska, aby pisali listy do domu. Nauczycielka czytała je niepiśmiennym rodzicom. Rodziny czekały na te listy z niecierpliwością i często razem z odpowiedzią, wysyłały po kilka rubli. Przez ręce Antoszki przeszło wiele takich listów. W powiastce W obcej służbie. Powiastka z niedawnych czasów zostały umieszczone listy z wojska. Ich autorem jest Antek, syn komornicy, poborowy, który pisze do narzeczonej i matki. Nie wiadomo, czy Antoszka zamieściła autentyczne listy, czy napisała własne, wzorując się na tych, które czytała w Gołębiu. Listy te to prawdziwy i wzruszający obraz żołnierskiego życia. Chłopcy, wyrwani ze swoich domów i wrzuceni w szeregi wojska carskiego, cierpieli nie tylko z tęsknoty za najbliższymi.

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Wchodząc w wasze progi witam was i pozdrawiam stokrotnie, najdroższa moja matko i ciebie, ukochana moja Andzio, i życzę wam wszystkiego najlepszego, czego sobie tylko od Boga Najwyższego życzycie. Oj, żebyście wiedziały, jak mi tu strasznie tęskno i smutno! Najgorszemu swemu nieprzyjacielowi nie życzyłbym, żeby go taki los spotkał, jak mnie. Serce krajało mi się na ćwierci, gdym się z wami żegnał. Ale nie chciałem tego po sobie pokazać, żebyście wy, patrząc na mój smutek, jeszcze bardziej tego zmartwienia do głowy sobie nie brały. Dopóki byliśmy wszyscy z nagiej wsi razem w Warszawie, to jakoś lżej było, ale jak nas podzielono na partje i każdego gdzieś indziej przeznaczono, to myślałem, że mi żal piersi i głowę rozsadzi. Zdawało mi się, że gdybym upadł na ziemię i przytulił się do niej z całych sił, to by mi trochę ulżyło. Jutro jedziemy w drogę. Gdy staniemy na miejscu, to znowu do was napiszę, tylko się nie martwcie! Bóg Najwyższy da, to się znowu w dobrem zdrowiu zobaczymy.
Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 20-21.
  • Podróż
Żołnierskie życie znacznie różniło się od życia na wsi. Z Warszawy rekruci jechali pociągiem w głąb Rosji. Podróż ta trwała kilka dni i była najdalszą, jaką do tej pory odbywali chłopcy.
Obiecałem opisać wam swoją podróż, a więc opisuję i razem posyłam swój adres. Jeszcze przede dniem kazano nam wstawać i ubierać się. Starszy chodził i oglądał, jakie kto ma ubranie. Jeżeli rekrut nie miał z sobą nic ciepłego, to dostawał krótki kożuch i buty. Potem rozdali nam chleb i popędzili na kolej. A choć to był ranek bardzo wczesny, to jednak rekrutów z Warszawy przyszli odprowadzić krewni. Kazano się pożegnać z nimi w izbie i nikogo do pociągu naszego na stacji nie puszczono, jak mi potem ktoś wytłumaczył dlatego, żeby nie było jakiego wypadku, bo i tak już bywało, że matka za synem rzucała się pod koła pociągu. Popakowano nas do wagonów jak śledzie. Nie wszyscy mieli nawet miejsce do siedzenia, połowa musiała stać. Jakiś panicz z miejska odziany oparł się o mnie i rzekł: — Mój kochany, nie gniewaj się, ale ja już ustać nie mogę. Żal mi się go zrobiło: — To niech pan siądzie na moje miejsce! — powiedziałem. Ale zanim zdążył usiąść, już kto inny je zajął. — Hej, hej, otwórzcie drzwi! Przecież nie chcecie nas podusić! — zawołał panicz do przechodzącego starszego. — Cicho! Milczeć! Nic wam nie będzie! — odpowiedział i poszedł dalej. Dopiero jakiś oficer usłyszał nasze wołanie, zlitował się i kazał połowę rekrutów zaprowadzić do innego wagonu. Jechaliśmy dzień i noc, a potem stanęliśmy na odpoczynek. Rozstawili nas po wsi. Ja dostałem poczciwego gospodarza, który prócz ciepłego kąta nie odmówił mi i łyżki jadła. Ale nie wszyscy tak szczęśliwie trafili. Potem znowu jechaliśmy dwa dnie i noc i cały dzień szliśmy piechotą. Na koniec przybyliśmy na miejsce.
Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 22.
  •  Wśród obcych

Wojsko carskie skupiało rekrutów różnych narodowości, mówiących różnymi językami. Nie wszyscy znali język rosyjski.

O! żebyście wiedziały, jak to smutno i przykro -znaleźć się samemu pomiędzy obcymi tak daleko od swoich, że choćby mi pozwolili powrócić do domu, nie wiedziałbym, w którą stronę mam pójść! A jednak każdy z nas myśli o tej chwili, kiedy mu powiedzą „Wolnyś!“ Nawet w nocy śni się nam o takiem szczęściu.(…) Chciałaś wiedzieć, Andzio kochana, jak my tu żyjemy, to ci opiszę. Wstajemy bardzo wcześnie i idziemy na naukę za miasto. Uczymy się tam chodzić, robić bronią i strzelać. Nauka to bardzo ciężka i trudno ją pojąć. Jeszcze temu, co umie czytać i pisać, jest trochę oświecony, to łatwiej się z tem obeznać, ale człowiekowi nieuczonemu bardzo trudno dać sobie radę. Czy wiesz, że są tu pomiędzy nami nawet tacy, co nie umieją rozpoznać i powiedzieć, która ręka, albo noga jest prawa, a która lewa. O tacy to mają ciężką służbę, bo ten, co nas uczy, pokaże raz, drugi, a jak kto nie potrafi powtórzyć za nim, to wymyśla i nawet bije, aż strach! Niedawno wydarzył się w naszej kompańji taki wypadek: Przede mną stał rekrut, tatar, czy kirgiz, czy jakiejś takiej narodowości, dość, że żadnego języka nie rozumiał prócz swego, a jak mówił, to jego znowu nikt nie rozumiał. Ten mój towarzysz jest tak strasznie brzydki, żem człowieka z takim szerokim nosem i krzywemi oczami jeszcze nigdy nie widział. A wszyscy w ogóle, i żołnierze, i rekruci, śmieją się z jego brzydoty i niezgrabności. Nazywał sam siebie „Dżatyr”. Otóż nie było musztry, żeby ów biedak za karę nie niósł trzech, czterech strzelb do domu lub nie dostał bicia. Jednego dnia nie mógł wcale rozeznać nogi prawej od lewej. Starszy rozzłościł się i uderzył go w twarz raz i drugi, ale tak mocno, że biedaczysko przewróciło się na ziemię. Żal mi było bardzo biednego towarzysza, a nauczyciela byłbym za to sprał na kwaśne jabłko. Przemogłem się jednak i stałem na miejscu jak wryty. Ale jak starszy przyskoczyły do Dżatyra i zaczął go szarpać za ramię i kopać nogami, żeby prędzej wstawał, nie wytrzymałem, pchnąłem starszego i schyliłem się nad kolegą. Za to dostałem cztery strzelby na ramiona i musiałem je dźwigać do domu, a prócz tego skazany zostałem na trzy dnie kozy. Ale zamiast opisać ci, co jemy i robimy, rozgadałem się o tej przygodzie.

Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 23-24.

  • Żołnierski dzień

Rekruci poza musztrą, nauką noszenia broni i posługiwania się nią, zimą chodzili do szkoły.

Z nauki wracamy o godzinie 11 na obiad, na który dostajemy kapuśniak i kawałek mięsa. Ma się rozumieć, żołnierze dostają gorsze mięso, a lepsze zjada starszyzna. Potem odpoczywamy i w zimie leziemy do szkoły, a w lecie na musztrę w pole. O szóstej wieczorem znowu jemy kapuśniak, a na drugi dzień krupnik. Do jadła z początku strasznie trudno się przyzwyczaić, bo to ani tak ugotowane, ani omaszczone, jak w domu. Ale powoli człowiek i do tego się włoży. Co sobota od południa mamy wolny czas, a wtedy musimy sobie połatać odzież i wyprać bieliznę. Każdy idzie ze swoją koszulą do rzeki, zmoczy w wodzie, wybije o kamień, wysuszy na słonku i takie żołnierskie pranie. Śpieszę się na naukę, kiedy indziej pisania dokończę.

 Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 24.
  • Ubranie wojskowe
 Na początku służby wojskowej rekruci nie dostawali munduru.
Serdecznie wam dziękuje za przysłane mi pieniądze. Otrzymałem je w całości. Przydały mi się bardzo, bo trzeba wam wiedzieć, że rekrut nie dostaje ubrania skarbowego. Dają nam zaraz na wstępie „szynek i baszłyk”, spodnie dostaje żołnierz po roku służby, a mundur dopiero po dwóch latach. Tymczasem każdy musi się odziać sam. Chodzimy więc, w czem kto ma i jak może. Czasem uda się kupić od starszych kolegów jaką starzyznę, prawda że za byle co, ale też i lada co. Z takiem odzieniem to tylko roboty przybywa, bo trzeba zszywać i łatać, a to się kupy trzymać nie chce. Jeżeli kto ze starszyzny ma przyjechać na przegląd wojska, wtedy wydają nam całe umundurowanie nowe zaraz po przeglądzie odbierają i chowają na drugi raz. Otóż z tych pieniędzy, coście mi przysłali, kupiłem sobie zaraz porządny przyodziewek, a stare gałgany podarowałem Dżatyrowi, z którym zaprzyjaźniłem się od czasu owego wypadku, co to go wam opisywałem. Nawet już trocha rozumiem Dżatyra, a on mnie. Nauczyłem go też rozeznawać prawą rękę i nogę od lewej.
 Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 25.
  • Kary

Dyscyplina wojskowa wiązała się z bolesnymi karami, których doświadczał niemal każdy żołnierz.

Opiszę tu wam jeszcze inne nasze zwyczaje. Proszę cię, Anko, przeczytaj to moim znajomym chłopakom, tym szczególniej, którym służy opieka jako ulga, albo jedynactwo. Tacy, ufni w swoje szczęście, najczęściej nie bardzo lubią słuchać swoich i za lada jaką przyczyną odgrażają się, że pójdą do wojska dobrowolnie. Myślą sobie, głupcy, że tu posłuszeństwa nie potrzeba, ale mylą się bardzo. Większa u nas jest karność, niż gdzie indziej. Za najmniejsze nieposłuszeństwo jest oznaczona ciężka kara. Nie tylko nieposłuszeństwo, ale inne, choćby najmniejsze przewinienia surowo są karane. Żadnego tłumaczenia nie przyjmują. Oto na przykład idzie sobie żołnierz do koszar i patrzy przed siebie, a myśli o tem, że niezadługo zawołają na obiad, podje sobie i spocznie trocha. A tu, jak na złość, gdzieś z boku przechodzi oficer. Żołnierz zagapi się, nie spostrzeże go i nie ukłoni się. I oto zamiast na obiad, oficer każe mu iść na odwadi, a tam wiadomo, że zamkną żołnierza do kozy. Koza bywa trojaka: najlżejsza jest w widnej izbie na zwykłem żołnierskiem pożywieniu; cięższa — tak samo izba widna, ale jadło gotowane dają tylko co trzeci dzień; a najcięższa koza to ciemna izba, a do tego tylko chleb i woda. Ja wam takie smutne rzeczy opisuję, ale się jeno o mnie nie martwcie. Siedziałem tylko dwa razy w lekkim areszcie, a może mię też Pan Jezus i Najświętsza Panienka od tych dwóch drugich bronić będą.

Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 27.

  • Choroby
Choroby rekrutów zdarzały się często, niestety dla niektórych były jak wyrok śmierci. Niekiedy zdarzało się, że z powodu choroby, żołnierz nie był już zdolny do służby wojskowej i musiał wracać do domu.
Dawno już nie pisałem. Wiedziałem, że się będziecie niepokoiły, bo na dwa listy nie dałem odpowiedzi, ale to nie moja wina. Leżałem cztery tygodnie chory, a i teraz ledwo chodzę. Nic innego, tylko musiałem się zaziębić. Wiecie już, że z początkiem lata wyszliśmy do obozu, to jest nie mieszkamy w koszarach, tylko za miastem, na równinie. Mamy tam rozpięte namioty, wielkie płachty na drągach wbitych w ziemię, i w tych namiotach sypiamy, po kilku w jednym, na ziemi. Bardzo to jest dobre, bo przynajmniej robactwo tak się nie trzyma, jak w mieszkaniu, ale nie zawsze jest to mieszkanie na dworze przyjemne i zdrowe. Szczególniej przykrzy się żołnierzom w deszcz, bo to płótno od małego deszczu chroni, ale jak zacznie lać duży, to aż w namiotach woda stoi. Wilgoć, mokro, nie ma się gdzie położyć, a sen i znużenie ogarnia. Kładzie się tedy człek na mokrej ziemi i nie dba już o to, czy to zdrowo, czy nie. Jednemu ujdzie takie spanie na sucho, a drugi nie wytrzyma i zachoruje, tak, jak się to i mnie zdarzyło. Akurat przed miesiącem padał u nas ciągle deszcz, a ja sobie jeszcze myślałem: no, jeżeli to tak u was we wsi leje, to kiepskie będą żniwa. Zaziębiłem się wtedy, odwieźli mię do szpitala, a doktor powiedział, że dostałem zapalenia płuc. Nas felczer, co obok mnie leżał także chory, opowiadał mi, że zapalenie płuc to niedobra choroba, bo choć człek się z niej wygrzebie, to do zdrowia zupełne go nie zawsze powraca. Byle co mu za szkodzi, a po lada zaziębieniu choroba się powtarza. Jak się doktor o tem dowiedział, to gniewał się na felczera, że mnie nastraszył; ale ja widzę, że felczer mówił prawdę, bo chociaż już chodzę, to źle się czuję. A może nam już nigdy nie wypadnie się zobaczyć? Ha, niech się dzieje wola Boża! Ja zaś dziękuję wam, moja droga matko, za wszystko, coście kiedykolwiek dla mnie zrobili, za to, żeście mię wypiastowali, wychowali i czytać oraz pisać nauczyli. Niech wam Bóg nagrodzi stokrotnie! A jeśli umrę, nie bardzo się martwcie. Macie tam Andzię. Ona będzie dla was córką po mojej śmierci. Anusio moja kochana! Łzy mi pisać nie dają, nie dlatego, żeby mi było tak żal umierać, jak żal mi tego, że już was pewnie nie zobaczę i nie pożegnam przed śmiercią. Pocieszaj tam moją matkę, nie daj się jej martwić i sama też nie żałuj mnie. Odpowiedź przyślijcie mi prędko, żeby mię jeszcze zastała przy życiu. Niech was Bóg Najwyższy ma w swojej opiece! Módlcie się za mnie!
Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 29-30.
  • Śmierć
Wielu rekrutów nie wracało z wojska. Ostatni list o losach Antka nie był napisany jego ręką.

Nareszcie stójka sam list przyniósł. Ale adres był nie Antkową ręką napisany. — Nie żyje, matko, nasz Antek! Nie żyje! — krzyknęła Anka i rzuciła się Kwiczołowej z płaczem na szyję. I znowu długo, długo płakały obie kobiety, zanim wzięły się do przeczytania listu. Był on bardzo niewprawnie pisany; widać było, że pisarz lepiej umiał robić karabinem, niż piórem. Ale tyle zrozumieć można było, że Kwiczoł drugi raz się zaziębił się i zapalenie płuc się powtórzyło. Zmęczony poprzednią chorobą i z sił wyczerpany, nie mógł chłopak słabości drugi raz wytrzymać. Przed śmiercią wyspowiadał się. Kazał pożegnać matkę, narzeczoną i wszystkich we wsi. Do listu były dołączone cztery ruble, jako reszta z ostatnich pięciu przysłanych przez matkę. Przytem donosili, że rubla dał nieboszczyk księdzu, co go spowiadał, na mszę świętą za swoją duszę. A potem opisywali, że Antek miał pogrzeb bardzo piękny, z muzyką, jakiej by żaden bogacz się nie powstydził. Aż a końcu w liście podpisany był Dżatyr, którego Antek sam pisać nauczył.

Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917, s. 31-32.
Kobiety miały szczęście, że dowiedziały się o śmierci Antka. Wiele było takich rodzin, które nie otrzymały żadnej wiadomości i nie wiedziały, co dzieje się z synem lub narzeczonym, który który kilka lat temu poszedł do wojska i jeszcze nie wrócił.
Niektórzy chłopcy przymus odbycia służby wojskowej traktowali jak karę więzienną, natomiast inni jako szansę nauczenia się czegoś nowego i zwiedzenia świata. Byli tacy, którzy dobrowolnie decydowali się na zostanie na drugą służbę w wojsku.
Po odbyciu służby wojskowej, chłopcy zazwyczaj wracali do swoich wsi, żenili się i utrzymywali z gospodarki i często pełnili ważne urzędy we wsi. Czasem niektórzy mężczyźni decydowali się na przeprowadzkę do miasta, ponieważ jako byli żołnierze, mogli szybciej znaleźć sobie pracę na kolei lub w straży miejskiej.
Wszystkie cytaty podano w pisowni oryginalnej.

Bibliografia:

  1. Antoszka, Prawdziwa historia o Szymku parobku i Zofce Pawelcównej, Warszawa 1887.
  2. Antoszka, W obcej służbie, powiastka z niedawnych czasów, Warszawa 1917.
  3. Wielka transformacja. Badania nad uwarstwieniem społecznym i standardem życia w Królestwie Polskim 1866-1813 w świetle pomiarów antropometrycznych poborowych, red. Michał Kopczyński, Warszawa 2006.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *