Gołębiacy w prasie z XIX wieku

Kościół w Gołębiu, marzec 1940 roku, źródło zdjęcia: fotopolska.eu.

Mieszkańcy Gołębia byli opisywani w prasie wydawanej dla ludu wiejskiego i miejskiego w XIX wieku. Gołębiacy są bohaterami artykułów, pojawiają się ich imiona i nazwiska (m.in. Antoni Góra, Feliks Kamola, Stanisław Namięta, Antoni Osiak, Walenty Kłos, Józef Zamojski, Jan Zamojski, Rozalia Zamojska, Klara Kamola, Anna Kopeć, Helena Korpysa,  Magdalena Kowalczyk, Marjanna Osiak, Elżbieta Ptasińska, Apolonia Smaga, Józefa Szczerbetka, Ludwika Zamojska) oraz zdarzenia, które miały miejsce we wsi.

Autorzy tekstów chętnie piszą o Gołębiu dobrze, chwaląc mieszkańców za zaradność i postęp. Jednak od czasu do czasu pojawiają się informacje stawiające mieszkańców wsi w niekorzystnym świetle. Są też listy gołębiaków do redakcji „Zorzy” lub „Gazety Świątecznej”. To świadczy o tym, że gazety te trafiały pod gołębskie strzechy, a ludzie naprawdę je czytali. Antoszka (nauczycielka gołębska, Antonina Pelda-Śmiszkowa) prawdopodobnie prenumerowała „Zorzę”, „Echo” i „Gazetę Świąteczną”, pokazywała te czasopisma swoim dorosłym uczniom, czytała im o innych miejscowościach i prawdopodobnie to ona zachęcała do pisania listów do redakcji.

***

Józef Zamojski i listy do redakcji

Józef Zamojski pisał do redakcji warszawskich przynajmniej dwa razy. Pierwszy jego list z 1883 roku został opublikowany w całości, na drugi dostał odpowiedź w „Poradniku dla gospodyń i mniejszych posiadaczy rolnych” (dodatek do „Zorzy”). W obronie dobrej sławy wsi swojej jest sprostowaniem wydarzenia, jakie miało miejsce w Gołębiu i które zostało źle przedstawione w „Echu”. Można przypuszczać, że Józef Zamojski był uczniem Antoszki uczęszczającym za zajęcia dla dorosłych. Tam gołębiacy dowiedzieli się o krytycznym artykule w „Echu” i postanowili wystąpić w obronie Gołębia. Prawdopodobnie list pomogła napisać Antoszka.

list jozefa2

Józef Zamojski, W obronie dobrej sławy wsi swojej, „Gazeta Świąteczna”, nr 109, 1883, s. 2.

Inny list Józefa Zamojskiego doczekał się odpowiedzi ze strony reakcji. Józef Zamojski prosił o radę, co dalej powinien robić, wrócił z wojska i zastanawiał się nad przeprowadzką do Warszawy i szukaniem tam pracy, chciał zostać redaktorem „Zorzy”, jednak odpowiedziano mu, iż wielu młodych ludzi chciałoby dostać taką pracę. Poradzono mu, aby założył w Gołębiu sklep chrześcijański i gospodę, bo we wsi była tylko karczma i sklepik należący do Żydów.

***

Walenty Kłos o postępie w Gołębiu

Fragmenty listu młodego gołębiaka Walentego Kłosa zostały opublikowane w „Gazecie Świątecznej” w czerwcu 1883 roku. Walenty Kłos pisze o osuszeniu łąk przez wykopanie licznych rowów, o zasadzeniu wikliny na  brzegach Wisły oraz o mądrym gospodarowaniu lasem.
Włościanie wsi Gołębia wzięli się tak szczerze do pracy i porządków, jak jeszcze nigdy nie bywało. Gdzie tylko znajdują się kawałki ziemi nieużytecznćj, na przykład piaski, łąki bardzo błotniste i inne takie miejsca, od których wszystkie powinności muszą wypełniać, to starają się usilnie, aby mogli i z nich korzystać. Do łąk mokrych nie można było wprzódy ani dojść, ani dojechać, a chociaż co z nich gospodarze i zebrali, to mało mieli z tego pożytku, bo tego ani konie, ani bydło, ani owce jeść nie chciały, chyba tylko na sam nawóz zdatne było. Teraz gospodarze nasi pokopali na tych łąkach rowy aż do samych jezior, z których znów woda odchodzi do Wisły i tym sposobem łąki zostały osuszone. Zaraz też w pierwszym roku po przerżnięciu rowów mieliśmy z tych samych łąk daleko więcej paszy, aniżeli z dwóch poprzednich lat razem, a przytem siano było o wiele lepsze dla bydła niźli dawniej. Podobnie jak z łąkami mokremi, stało się też z piaskami, które tu mamy nad samą Wisłą. Dawniej włościanie gołębscy uważali te piaski za nic, bo prawdziwie nie mieli z nich żadnej korzyści; a dzisiaj żeby im kto dawał po 100 rubli za morgę, to i tak pewnie by żaden ich odstąpić nie chciał, bo spodziewają się, że za parę lat będą mieli na tych piaskach po kilkadziesiąt kop faszyny, która jest bardzo potrzebna na obronę brzegów Wisły, żeby ich woda nie zabierała, a nawet w niektórych miejscach mogą tu być i łąki. Temu rok drugi, jak kilku gospodarzy zasadziło na tych piaskach sztopry, a do dziś już tam wyrosła blisko na sążeń wysoka pręcina, i to taka gęsta, że trudno przez nią przejść.
I za swój las wieś nasza wstydzić się także nie potrzebuje. Oto upłynęło już dwa lata, jak włościanie w zamian za służebności (czyli za serwitut) las ten dostali na własność, i do dziś dnia zachowują go w jak najlepszym porządku. Każdy z włościan wie o tem, że drugi raz lasu rozdawać nie będą, u wyciąć go – to i za sto lat nie urośnie taki, jak jest dzisiaj. Prawda, że jest kilku takich, którzy w początkach sprzedali po parę sztuk drzew z lasu, lecz więcej jest takich, którzy dbają o to, aby las był jak najdłużej w całości.
W dawniejszych latach, gdy jeszcze nie było u nas szkoły i nie znali ludzie żadnej oświaty, działo się wcale inaczej aniżeli dzisiaj. Za to teraz wszystka młodzież, a nawet i ze starszych ludzi tacy, którzy żyją po lat 45, jeżeli mają pójść na jaką próżną zabawę do karczmy, to wolą ten czas przepędzić w szkole, bo wiedzą, że lepszą korzyść będą mieli ze szkoły niżeli z karczmy. Rozumie się, że w takiej dużej wsi, jak nasza, mającą sto kilkadziesiąt domów, między pszenicą znajdzie się także kąkol, ale tego jest już coraz mniej, bo oświata wzmaga się powoli. Tylko prosim Boga, żeby ta nauczycielka, która dotąd była u nas, i ksiądz proboszcz, który przybył do nas z parafii Bobrownickiej i szczerze pracuje nad dobrem naszem, pozostali w Gołębiu w jak najdłuższe lata. Jeżeli to da Pan Bóg, to spodziewamy się, że za ich nauką i przykładem, przyjdziemy do jak najlepszego porządku i szczęścia.

Nowiny, „Gazeta Świąteczna” 1883, nr 126, s. 1.

***

Antoni Osiak i srebrne monety

Dawniej różne zabytki archeologiczne, zwłaszcza te znajdowane na prywatnych polach, były niszczone, niektórzy ludzie rozkopywali groby, tłukli gliniane urny, aby znaleźć w nich skarb, złote monety lub złote czy srebrne przedmioty. Uważano, że takich czynów dopuszczają się tylko ludzie nieoświeceni. W prasie dla ludu wiejskiego i miejskiego chętnie chwalono gospodarzy, którzy znaleźli cenny zabytek i przekazali go we właściwe ręce. Właśnie tak uczynił Antoni Osiak z Gołębia.

Tak właśnie uczynił ze znalezionemi przez siebie zabytkami Antoni Osiak, czytelnik „Gazety Świątecznćj”, włościanin ze wsi Gołębia. Orząc niedawno w polu wraz z drugim, sąsiadem swojim, ujrzał pod odwaloną skibą coś błyszczącego. Był to pieniądz srebrny. Rozgrzebawszy uważnie ziemię, znaleźli oni jeszcze dwa takież srebrne pieniądze. Wiedząc z Gazety, jak z takiemi wykopaliskami obchodzić się na leży, nie zbyli ich lada komu, jak to najczęściej się zdarza, tylko Osiak przysłał je do Warszawy, na ręce pisarza Gazety Świątecznej, aby te pieniądze jakiemu zbieraczowi dawnych pamiątek sprzedać, a to, co się za nie otrzyma, dołączyć do ofiar na kaplicę Kochanowskiego w Zwoleniu. Jeden z owych trzech pieniędzy srebrnych uległ jednak na wsi jakiemuś wypadkowi i zaginął, Osiak więc tylko dwie sztuki nam złożył: jedną z wizerunkiem króla polskiego Jana Kazimierza, a drugą—pieniądz pruski z roku 1674, z czasów panowania w kraju naszym Jana Sobieskiego.
Wieśniacy zaczynają dawne zabytki szanować, „Gazeta Świąteczna” 1885, nr 254, s. 1.
***
9 gospodyń z Gołębia i wystawa tkanin
W Warszawie w 1888 roku odbyła się wystawa tkanin ludowych. Nie zabrakło na niej tkanin z Gołębia. Imina i nazwiska kobiet, które zaprezentowały swoje prace na tej wystawie zostały uwiecznione w reportażu z tej wystawy:
Tak samo zrozumieli rzecz włościanie we wsi Gołębiu nad Wisłą w gub. Lubelskićj. Aż 9 gospodyń z tej jednćj wsi przysłało na wystawę różne wyroby: Kamolina Klara, Kopciowa Anna, Korpysina Helena, Kowalczykowa Magdalena, Osiakowa Marjanna, Ptasińska Elżbieta, Smadzyna Apolońja, Szczerbetczyna Józefa i Zamojska Ludwika. Z tkanin ich szczogólnićj ładnie wyglądnją: kilim Szczerbetczyny w paski wiśniowe, szafirowe i białe, tćjże fartuch, podobny kilim Zamojskiej, kilim Kamoliny w paski ponsowe, czarne i białe, kilimy Ptasińskićj, Osiakowej i Kopciowej”.
Wystawa tkanin, „Gazeta Świąteczna” 1888, nr 374, s. 1.
***
Antoni Osiak i Stanisław Namięta, rybołówstwo w Gruszce
Gospodarze mieszkający nad Gruszką założyli spółkę rybacką i dzierżawili prawo do łowienia w Gruszce. W artykule pojawia się wzmianka o tym, że gospodarze z Gołębia łowili ryby zwłaszcza w czwartki i sprzedawali je Żydom na szabat.

Tak sobie też właśnie postąpili i gospodarze ze wsi Gołębia w Lubelskiem. Zeszłoroczni czytelnicy Zorzy wiedzą już z nr 37, że Gołębiacy mają własną wodę zarybioną, zwaną Gruszką. W Gruszce owej gospodarkę prowadzili oni najgorszą; każdy, kto chciał, łapał tu ryby, każdy co dzień, a osobliwie co czwartek, mącił wodę i drobiazg nawet wszelki wywłóczył z Gruszki, aby go żydom zbyć na szabas… I do czegóżby taka gospodarka doprowadziła? Oto za kilka lat Gołębiacy na lekarstwo nie znaleźliby w swojćj Gruszce ryby, więc by i dochodu żadnego nie mieli z nićj, boć żyd wody nie kupowałby. Ale też Gołębiacy nie do puścili do tego, iżby wyniszczyć ryby w Gruszce. Posłuchali więc dobrej rady umieszczonćj w Zorzy, obrachowali, że z wody tćj mogą mieć piękny dochód, jeśli nie będą jćj rabowali nie opatrznie i wypuścili Gruszkę w dzierżawę na lat sześć. A komuż wypuścili? Nie żydom przecież, choć się oni bardzo ubiegali o to, jeno swoim. Jest w Gołębiu młody a zapobiegliwy gospodarz, Antoni Osiak, ten więc, przybrawszy do spółki sąsiada, Stanisława Namiętę, Gruszkę wydzierżawił na wyżej wymieniony czas za sześćset rubli. Tym więc razem jak Osiak i Namięta, tak też i cała gromada Golębska bardzo roztropnie sobie postąpili. Muszę też oddać należną pochwalę owym młodym dzierżawcom, że roztropnie poczynają gospodarkę rybną. Wiedzą na przże ryby w Gruszce—to sam tylko drobiazg, bo ciągle był wyławiany. Postanowili zatem przez jakie dwa lata nie łowić ryb wcale, ażeby one przez ten czas podrosły. Rachuba to jest dobra, bo choć zaraz Gruszka nie będzie dawała zysku, to jednak później wynagrodzi się to sowicie. Dobrze też postąpią dzierżawcy Gruszki, jeśli się poradzą jakiego uczonego rybaka, jak należy hodować ryby. O to im nie będzie nawet trudno, bo w lubelskiej gub. jest kilka wzorowych rybnych gospodarstw, o których były już wzmianki i w Zorzy. Więc dobrze zaczynają nasi gospodarować. A wyznam szczerze, że podobają mi się tacy ludzie, jak gospodarze w Brzękowicach lub Osiak, Namięta i inni mieszkańcy Gołębia. Nie lamentują oni niby jakie baby i nie narzekają na ciężkie czasy, jeno śmiało i odważnie wyciągają rękę po chleb, jaki mogą mieć z rodzinnej ziemi! To mi się podoba! a byłbym jeszcze kontent, gdyby Gołębiacy z dzierżawnych pieniędzy, jakie za Gruszkę otrzymają, również dobry zrobili użytek.

Do czytelników Zorzy, „Zorza” 1889, nr 11, s. 1-2.

 ***
Antoni Osiak – ławnik i zastępca sędziego
Ludzie z Gołębia, zwłaszcza uczniowie Antoszki, pełnili ważne urzędy. Antoni Osiak został ławnikiem i zastępcą sędziego, przyjął swój urząd, aby służyć innym ludziom.

Mnie zaś w tej chwili ciągnie coś do wsi Gołębia, leżącej nad Wisłą w gub. Lubelskiej. Wieś to duża, piękna, glebę ma wyśmienitą. To też choć gospodarze tutejsi mają zaledwie po 4 do 6 morgów, utrzyma nie z tego mają dostateczne. Ale wieś ta i z czego innego jest znaną: wśród z górą półtora tysiąca mieszkańców tej wsi, nie mało jest ludzi światłych, rozgarniętych. Teraz oto z pośród ogółu gospodarzy tamecznych jeden z nich, p. Antoni Osiak, jest ławnikiem i zastępcą sędziego. Jak mi zaś opowiadano, w chwili przyjmowania godności tej, nic chodziło mu o sławę żadną, ale o poczciwe służenie ogółowi; chodziło mu wiec o takie spełnianie obowiązków swoich, aby przez nie od dawać, komu należy, istotną sprawiedliwość, bronić pokrzywdzonych, szczególniej tych, którzy przy swem nierozgarnięciu, nie są świadomi prawa, następnie stawiać przeszkody szerzeniu się pieniactwa i pokątnego doradzctwa, a zaś w rozmowie z braćmi—włościanami, przybyłymi tu i z daleka nawet, żeby się wspólnie naradzać w skutecznem dążeniu do dobrobytu i oświaty”.

Do czytelników Zorzy, „Zorza”, 1892, nr 34, s. 1.

***

Jan Zamojski, Walenty Kłos i chór w Gołębiu

Chór złożony z włościan w Gołębiu doczekał się kilku pochwał w prasie i został opisany w liście napisanym przez letnika z Kazimierza, opublikowanym w „Zorzy” w 1896 roku.

W kościele od lat 18 śpiewał chór zebrany z włościan. Zasługa utworzenia się jego należy się ks. Tadeuszowi L., który był wówczas wikariuszem w Gołębiu. Lubił on śpiew i nie żałował pracy, aby ludzi umiejących ledwie czytać drukowane, nauczyć  śpiewać na 4 głosy z nut. Wyszukiwał głosy, spraszał śpiewaków i zachęcał ich do wytrwałości dobrem słowem, nawet podarkami. Tym sposobem po mozolnych trudach utworzył chór, z szesnastu osób złożony. Kiedy się już owe śpiewy na gołębskich chórze doskonale rozwinęły, księdza wikarego ku wielkiemu żalowi wszystkich przeniesiono z Gołębia. Zacny kapłan ze smutkiem żegnał się ze swoimi owieczkami, a najbardziej żal mu było rozpoczętego dzieła. Całą pociechą jego było, iż pozostawił ucznia młodego, bo 17-letniego wówczas parobka, Janka Zamojskiego, który jako najzdolniejszy i obdarzony niezmiernym słuchem, był już o tyle przygotowany, że sam mógł prowadzić śpiewy bez żadnego instrumentu. Janek wraz z całą drużyną śpiewaczą musiał przyrzec księdzu wikaremu, że pracować będą i takim sposobem chwała Boża nie ustanie. Parę razy ksiądz wikary zaglądał do swoich uczniów, ale potem nowe obowiązki pochłonęły cały czas jego, także gołębiacy musieli podtrzymywać się sami. Bardzo też byli w swem przdsięwzięciu wspierani i zachęcani przez następnych księży proboszczów oraz przez mającego folwark w Gołębiu śp. Michała Pągowskiego. Parę razy śpiewy chwiać się poczynały, a zdarzało się to, gdy soprany wychodziły za mąż do innych wsi i nie było ich kim na razie zastąpić, gdy dyrektor Janek miał kłopoty ze stawieniem się do wojska oraz gdy się ożenił i spadły na niego trudy gospodarki, ale nigdy przerwa dłużej nad kilka tygodni nie trwała i znowu się zaczynały śpiewy z nową siłą. W ostatnich latach staraniem miejscowego organisty p. Radzimowskiego muzyka kościelna podniosła się przez akompaniament na 4 skrzypcach, z których jedne ofiarował do kościoła dawny parafianin, gołębiak Walenty Kłos, mający obecnie fabrykę skrzypiec w Warszawie. Wszystko zatem było piękne i chwalebne, aż w roku zeszłym na jesienie, wskutek jakiś nieporozumień śpiewacy zmuszeni byli umilknąć i dopiero od maja, zapomniawszy doznanej przykrości, nowy organista, który wie, ile śpiewy są warte i jak je przechowywać należy, w dalszym ciągu prowadzą zaczęte przed laty dzieło, w czem im Panie Boże dopomóż.

Letnik z Kazimierza, Z Gołębia nad Wisłą,”Zorza” 31, 1896, nr 41, s. 642.

***

Feliks Kamola – wójt Gołębia

Feliks Kamola został opisany w tym samym liście do „Zorzy”. Był wójtem, który zadbał o polepszenie stanu dróg w Gołębiu.

Urząd wójta zawsze piastował gołębiak. Wiele bardzo zawdzięcza wieś poprzedniemu wójtowi Felkowi Kamoli, który był prawdziwym ojcem i gospodarzem gminy: poprawił on stan dróg przedtem niemożliwy, w gminie pozasypywał wszelkie błota i kałuże, w których wozy lgnęły, a ludzie brnęli po kolona, pooczyszczał i wyrównać też kazał podwórza, także dziś jeździ się tam, jak po stole. Cmentarz grzebalny ogrodził nowym parkanem, zaprowadził porządek w kasie gminnej, żeby chcący zaciągnąć pożyczkę prosić się daremnie nie potrzebował. Niemałą też zasługę w tem położył pisarz p. Olszweski, który wójtowi dopomagał.

Letnik z Kazimierza, Z Gołębia nad Wisłą,”Zorza” 31, 1896, nr 41, s. 642.

***

Antoni Góra i czytelnia w Gołębiu

Czytelnia w Gminie Gołąb została założona w 1897 roku. Księgozbiór liczył ponad 200 książek. Czytelnia była tak ważna, że opiekę nad nią sprawował Antoni Góra, skarbnik kasy pożyczkowej, a pomagał mu pisarz z gminy.

Czytelnia w gminie Gołębiu. W tym samym czasie, co w Tarnogórze, otwarto również czytelnię we wsi Gołębiu nad Wisłą, w guberni lubelskićj, tylko nie przy szkole, ale psy urzędzie gminnym. Zarząd nad czytelnią powierzono jednemu z mieszkańców wsi, Antoniemu Górze, skarbnikowi kasy pożyczkowej. Dodano mu też do pomocy pisarza gminnego, aby nie było zwłoki w wydawaniu książek i aby nikt nie tracił na próżno czasu oczekując w czytelni swej kolei. Czytelnia posiada 201 książek, których nagłówki wypisane są w porządku na arkuszu papieru, aby każdy mógł widzieć, co jest do wyboru. Każdy dorosły mieszkaniec gminy ma prawo przyjść do czytelni, wybrać sobie książkę według upodobania i wziąć ją do domu na dni kilka lub kilkanaście, nie dłużej wszakże jak na dwa tygodnie. Jeśli kto nie zdąży przez ten czas książki przeczytać, to obowiązany jest przyjść do czytelni i zażądać, żeby mu zamiast innej książki dano znowu tę samą. Czytelnik nie stosujący się do tych przepisów może być pozbawiony prawa pożyczania książek. W razie jakiegoś nadużycia lub niewłaściwego zachowania się zasądzającego czytelnią, należy wnieść zażalenie do komisarza mającego nad nią dozór zwierzchniczy. Zarządzający czytelnią obowiązany jest wydawać książki w niedziele i święta po nabożeństwie. W dzień otwarcia czytelni w Gołębiu zgłosiło się po książki 27 osób. W pierw«ą niedzielę potem ksiądz z ambony oznajmił parafianom o otwarciu czytelni i zachęcił, aby z niej korzystali. Zaraz też po nabożeństwie sypnęli się ludziska po książki całą gromadą. Ledwie do siódmej wieczorem zdążono wszystkich obdzielić. Jakaż to przyjemna nowina, że już tylu ludzi rozumie pożytek z czytania i znajduje w niem rozrywkę i zadowolenie. Znak to, że oświata postępuje. Ciemny człowiek nie pojmuje, co warta dobra książka lub gazeta. A kto raz w czytaniu zasmakował, ten wie, że w papierze zadrukowanym są nieraz prawdziwe skarby. Wie on, że dobra książka może być doradcą mądrym, może być nauczycielem tanim, a rozumnym i cierpliwym, który nigdy się nie zniechęci, nigdy nie sfuka; może być wreszcie towarzyszem przyjemnym a nie natrętnym: gdy żądasz, owiada ci on rzeczy zajmujące a nieznane, gdy nie chcesz słuchać, milknie i nie obraża się, żeś nim wzgardził. Znać w Gołębiu wiedziano, co wart taki towarzysz, kiedy tylu ludzi pośpieszyło zaprosić go do swego domu.
Czytelnia w Gołębiu, „Gazeta Świąteczna” 1897, nr 882, s. 2-3.

***

Rozalia Zamojska z Wólki Gołębskiej i jej ślub

Rozalia Zamojska była córką Mikołaja Zamojskiego, gospodarza z Wólki Gołębskiej, który uczył pisania i czytania. Rozalia była wierną czytelniczką „Zorzy” i z okazji jej ślubu, redakcja pisma zamieściła lis z życzeniami dla młodej gospodyni.

slub

Gorliwa czytelniczka „Zorzy”, „Zorza” 1901, nr 7, s. 164.

 Wszystkie cytaty podano w pisowni oryginalnej.

Bibliografia:

  1. Józef Zamojski, W obronie dobrej sławy wsi swojej, „Gazeta Świąteczna”, nr 109, 1883, s. 2.
  2. Letnik z Kazimierza, Z Gołębia nad Wisłą,”Zorza” 31, 1896, nr 41, s. 642.
  3. Co robić? Odpowiedź na list Józefa Zamojskiego w Gołębiu, „Poradnik dla gospodyń i mniejszych posiadaczy rolnych” [dodatek do „Zorzy”] 1890, nr 3, s. 5-6.
  4. Do czytelników Zorzy, „Zorza” 1889, nr 11, s. 1-2.
  5. Do czytelników Zorzy, „Zorza”, 1892, nr 34, s. 1.
  6. Gorliwa czytelniczka „Zorzy”, „Zorza” 1901, nr 7, s. 164.
  7. Nowiny, „Gazeta Świąteczna” 1883, nr 126, s. 1.
  8. Wieśniacy zaczynają dawne zabytki szanować, „Gazeta Świąteczna” 1885, nr 254, s. 1.

Copyright by Gołąb nad Wisłą 2016
Wszystkie prawa zastrzeżone. Powielanie części lub całości artykułów, zdjęć i innych materiałów graficznych tylko za zgodą autorów strony.
Separator image Posted in Ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *